Informator


  • NAJŚWIEŻSZE INFORMACJE
    ENEA WYTWARZANIE
    25 sierpnia 2016

    enea_kozienice

ARCYCIEKAWY WYWIAD Z KABARETEM „SMILE”

Luty 29, 2016

4 lutego w Dęblinie odbyły się dwa występy lubelskiego kabaretu „Smile”. Komicy zaprezentowali licznie zgromadzonej publiczności program „Czy jest w domu kakao?”. Byliśmy tam. Dziś prezentujemy Państwu fotorelację i wywiad z Andrzejem Mierzejewskim oraz Pawłem Szwajgierem.

Jest maj 2004 r. W lubelskiej muszli koncertowej w Ogrodzie Saskim występują dwa debiutujące kabarety – „Smile” oraz „Łowcy. B”. Jak wtedy rysowało się wyobrażenie kariery na estradzie?

Andrzej Mierzejewski: To już było pół roku działania i chyba szósty występ. Studiowaliśmy wtedy na UMCS. Na „Kozienalia” zaproszono nas bardzo chętnie, bo byliśmy tani… Graliśmy za darmo.

Paweł Szwajgier: I mieliśmy blisko.

A.M.: To była zabawa.

P.S.: To była taka opcja, aby robić coś przy okazji studiów.

A potem przez parę lat kabaret „Smile” istniał, ale bez „parcia na szkło”. Ważniejsze były studia, kolokwia, sesja…

P.S.: Może studia nie były aż tak ważne, ale nie potrafiliśmy wtedy tego robić skeczy na takim poziomie jak dziś.

A.M.: Jak zaczyna się robić kabaret mając 19 lat, to ma się „fiu bździu” w głowie. I to samo było na scenie. Aby robić skecz o czymś, trzeba mieć jakieś doświadczenie.

A pewnego dnia „coś” zaskoczyło.

P.S.: To był moment, w którym zmieniła się nasz sytuacja prywatna – zaczęliśmy stabilizować się. Myśleliśmy o pracy, o mieszkaniu, o małżeństwie i w sposób naturalny przeniosło się to na scenę. Pierwszym takim „skokiem” był skecz o kredycie hipotecznym, który został napisany właśnie w momencie, kiedy ja i Andrzej braliśmy kredyt hipoteczny.

A.M.: Pamiętam jak przyszedłem na próbę i pomyślałem: ludzie, ja tyle będę to spłacać… Skecz został zaprezentowany w Koszalinie, w trzeciej części, kiedy publiczność była już zmęczona, ale poszedł fenomenalnie. Zrobiliśmy szaleństwo, aż się sami zdziwiliśmy. Potem dużym krokiem do przodu, było zaproszenie na „Ryjek”. Byliśmy tam już pięć razy.

P.S.: Tam się zdobywa doświadczenie poprzez to, że pisze się swoje premierowe numery oraz ogląda się to jak inni zinterpretowali te same tematy.

A pomoc innych kabaretów?

P.S.: Skorzystaliśmy z uprzejmości kabaretu „Ani Mru-Mru”, ponieważ ćwiczyliśmy swoje skecze przed „Paką”.

A.M.: Marcin miał poważną kontuzję. Więc chłopaki z „Ani Mru-Mru” stwierdzili, że jesteśmy fajni i nas zabrali w trasę na zasadzie „skecz za skecz”. Gdy przychodziła kolej na nas, Marcin mógł odpocząć, przyłożyć lód do nogi. Ludzie się dziwili, bo często nie było nas na plakatach.

Na ile działalność estradowa to „maska”?

A.M.: Raczej maska.

P.S.: Ludzie jak nas spotykają prywatnie uważają, że będziemy dowcipkować, opowiadać kawały i przedstawiać swoje skecze na żywo…

Tymczasem okazuje się, że spłacają panowie kredyty, zażywają antydepresanty od lat…

A.M.: Aż tak to nie… Ja nie potrafię opowiedzieć dowcipu. Pewnie jakbym się skupił, to bym jeden prosty dowcip opowiedział. My na scenie nie opowiadamy żartów. Chyba, że żartujemy z ludzi opowiadających żarty. Nam chodzi o sytuację. Jak się czyta tekst skeczu, to on wcale nie musi być śmieszny. Skecz buduje się na scenie. Przez pierwsze miesiące ciągle wprowadzamy zmiany. Chcemy, aby widz wczuł się, był w określonej sytuacji.

Co śmieszy?

A.M.: Nieszczęście drugiego człowieka… Nasz program jest taki, że poruszamy niekoniecznie wesołe tematy. Mieliśmy skecz o przemocy małżeńskiej za ścianą – sąsiad na to nie reagował, a głuchoniemy tak.

P.S.: Po takich skeczach pojawiają się różne komentarze. Ludzie czasem pytają się, nie zastanawiając się jaka była nasza intencja, jak można się śmiać z przemocy w rodzinie. Nie chcemy żartować z przemocy, ale z postawy sąsiada z góry, który nie reaguje.

Mimo wszelkich trudności konwencja sprawdza się. Popularność rośnie.

P.S.: Cały czas musimy udowadniać, że jesteśmy w formie.

A.M.: To jest praca, owszem fajna, ale to tylko praca. Nie staramy się grać „na potęgę”. Chcemy mieć czas dla rodziny.

P.S.: Trzeba się opanować. Kiedyś moja żona odbierając syna z przedszkola zobaczyła jak przytulał się do pana, który kładł wykładzinę. Synek mówił do niego „tatuś”. Małżonka stwierdziła, że już czas opanować się.

A.M.: Od sceny też trzeba odpocząć, ponieważ widz wyciąga energię.

Widzowie już czekają, dziękujemy za rozmowę.

Red.
Fot. Tygodnik OKO


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tygodnik OKO

Redak­cja nie ponosi jakiej­kol­wiek odpo­wie­dzial­no­ści za tre­ści zamiesz­czane przez użyt­kow­ni­ków na stro­nach por­talu OKO Kozie­nice. Osoby zamiesz­cza­jące wypo­wie­dzi naru­sza­jące prawo lub pra­wem chro­nione dobra osób trze­cich będą mogły ponieść z tego tytułu odpo­wie­dzial­ność karną lub cywilną. Redak­cja OKO zastrzega sobie prawo do usu­wa­nia postów zawie­ra­ją­cych tre­ści sprzeczne z pra­wem i dobrymi oby­cza­jami. Nie­do­pusz­czalne jest umiesz­cza­nie przez użyt­kow­ni­ków na stro­nach por­talu OKA prze­ka­zów rekla­mo­wych oraz komen­ta­rzy, które zawie­rają linki do pry­wat­nych stron www, bez zgody redakcji.

Tygodnik OKO wyraża zgodę na publikacje materiałów zamiesz­czonych na stronie www, jak i w wydaniu papierowym. Jedynym warunkiem jest podanie linka/​źródła pocho­dzenia materiałów: www​.tygodnikoko​.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.